8 czerwca 2014

Mój pierwszy raz z półproduktami

Dzieci mają klocki i lalki. Faceci mają samochody i elektronikę. Kobiety mają kosmetyki do makijażu. Babcie dziergają na drutach. Szalone blogerki urodowe mieszają kosmetyczne półprodukty.

Od roku, naprawdę od roku planowałam to zamówienie. W końcu obiecałam sobie, że złożę je po maturach, w nagrodę i dla odreagowania. Zastanawiałam się nad odroczeniem moich planów ze względu na humorzastą lodówkę, ale nie wytrzymałam. Zrobiłam listę najpotrzebniejszych składników, sprzętu i opakowań. Wybrałam sklepy. Zamówiłam, zamknęłam oczy przy wpisywaniu kwoty przelewu i czekałam.

I czekałam, i czekałam i czekałam. Następnego dnia po wysłaniu przelewów dostałam mail oznaczający, że paczka przyjdzie już w poniedziałek!

W poniedziałek zerknęłam na telefon, zauważyłam nieodebrane połączenia, ale nie dałam rady oddzwonić. Niecierpiące zwłoki sprawy zmusiły mnie do zrobienia kilku kilometrów w deszczu, pod parasolem. Wieczorem, jako [zmokła kura] wróciłam do domu, a tam czekała na mnie niespodzianka. Paczka! Ale... Jakaś taka mała i lekka. I sąsiad sfrustrowany, bo kurier wydzwaniał do niego przez cały ranek. No nic. Otworzyłam, grzebałam, kopałam.

Dwa opakowania i dwie zlewki od Ecospa dostałam. Ale... A gdzie mój niekonserwowany hydrolat oczarowy? Wyrzuciłam go do kosza, razem z papierem wypełniającym wnętrze paczki?! Woreczki na dłoń i hejżeho, grzebać w koszu. Na szczęście go tam nie znalazłam. Na fakturze nie był odhaczony jako spakowany. Wszystko jasne.

Rano zadzwoniłam. Tak mi zależało na tym hydrolacie, a w paczce go nie było! Doślemy. Za chwilę dzwoni mama. Awizo do Ciebie. Hurra, moja megapaczka!

Po drodze do domu z radością weszłam na pocztę. Znów byłam zmokłą kurą, w dodatku ze spiętymi włosami i w jasnej kurtce. Wyglądałam jak szafiarka, która ewidentnie, bardzo zaspała. Po półgodzinnym oczekiwaniu w kolejce odebrałam... Opóźniony olejek z Helfów. Miała dostać go moja przyjaciółka z okazji urodzin, kilka dni wcześniej. No cóż.

W domu przeczytałam mail. Chyba dziesiąty dotyczący przesyłek, już naprawdę nie ogarniałam. Nadano paczkę. W środę odebrałam hydrolat. Znów straciłam pół godziny z życia, ale tym razem przynajmniej wyglądałam jak człowiek.

W czwartek telefon. Tym razem odebrałam. A właściwie oddzwoniłam. Po raz setny w ciągu tygodnia rozmawiałam z kurierem, ale tym razem... Przywiezie mi tam, gdzie jestem! Czekałam. Czekałam. Zadzwoniła mama. Masz kolejne awizo!
Znów zadzwoniłam. Przywiezie! Przywiózł. Też nie wymagają od Was podpisu przy odbieraniu paczki o nie takiej znowu niskiej wartości?

Nieważne. Tym razem przesyłka była ciężka i kompletna, a blogerka - wyglądająca jak człowiek i szczęśliwa. Dostała nowe zabawki!

Czekałam więc na weekend.


Sobotę rozpoczęłam od płukanki z l-cysteiną. Rzuciłam się do pudełek z półproduktami, błyskawicznie pomieszałam wszystko, co trzeba, z wodą i umyłam włosy.

Powiem Wam jedno. Nie róbcie tego przy ludziach.

Od pierwszej byłam wolna jak ptak. I taka szczęśliwa! Przytaszczyłam do salonu wszystkie swoje pudełka.


Obłożyłam stół chusteczkami higienicznymi. I zbudowałam podstawkę do fotografowania nad progiem drzwi balkonowych. Później chusteczki rozłożyłam także w kuchni. Popatrzyłam krytycznym okiem i zauważyłam, że są niewystarczająco białe dla aparatu. Podłożyłam pod nie kartki papieru.

W konsekwencji w całym domu znajdowały się kosmetyki (mój pokój to istne atelier), półprodukty, miejsca przygotowane do mieszania, sprzęt (jeszcze na piecu i w zlewie) i podstawki do fotografowania. Oraz kalkulator, komputer z materiałami źródłowymi, ukochany kalendarzonotes A4 i długopis. Na podłodze i kanapie (stoły i blaty były zajęte) planowałam składy kosmetyków, które chciałam zrobić i dokładnie wyznaczałam procenty, a następnie obliczałam masy i objętości półproduktów, których powinnam była użyć.

Po godzinie udało mi się podjąć decyzję o proporcjach bazy i olejów do reszty składników kremu. Wypiłam ogromny kubek kawy mrożonej i zjadłam wszystkie ciasteczka, jakie udało mi się znaleźć. Postanowiłam, że będę relacjonowała moje poczynania na [fanpage].



Wtedy przyszło mi do głowy, że może powinnam zacząć od toniku. Po chwili okazało się, że to było najlepsze, co mogłam zrobić.

Chciałam zwykłego toniku. Tonizującego po myciu mydłem i nawilżającego tak, abym nie musiała używać kwasu hialuronowego pod olej. Czyli woda, hydrolat, substancje nawilżające i trochę kwasu, dla regulacji pH.

Wyliczyłam. Mililitr pantenolu, mililitr niacynamidu, trzy mililitry soku z aloesu, szczypta kwasu hialuronowego, dziesięć mililitrów hydrolatu, pozostała objętość trzydziestomililitrowego opakowania - woda. Wymieszać, zmierzyć pH, ewentualnie dosypywać po odrobinie kwasu migdałowego i obserwować kolory papierków. Później sześciokrotnie kapnąć konserwantem i gotowe. Proste, prawda?

Postanowiłam wlewać wodę łyżeczką miarową, żeby wypłukać z niej resztki substancji, które już połączone, czekały na wymieszanie w zlewce. I... Zaraz, zaraz. Skoro jedna ampułka wody ma pięć mililitrów, to dlaczego mieści się na mojej łyżeczce zaledwie dwa razy, a nie pięć?

Tak, ładowałam wszystko łyżeczką dwa i pół mililitra, zamiast jeden. Miałam zbyt wysokie stężenia. Co prawda udało mi się uratować sytuację, bo wystarczyło dodać więcej wody, ale taka wpadka, już na samym początku?

Później ustalałam pH. Papierek uparcie nie zmieniał koloru. W końcu mi się udało. Zakonserwowałam płyn i przelałam do dwóch opakowań, bo do tego, w którym miał się znaleźć, zwyczajnie się nie zmieścił.

Przetestowałam go na ramieniu, później na dekolcie i na twarzy. Niby jest okej. Ale tak naprawdę otrzymałam nie tonik nawilżający, a kwasowy. I to z kwasem nie-mam-pojęcia ile procent. Chociaż raczej niewiele. Pewnie mniej niż pięć. Ale pewna nie jestem. Zużyć?


Klika razy przebiegłam z półproduktami od stołu do fotopodstawki na balkonie i wszystko obfotografowałam. Przeniosłam się do kuchni, gdzie miałam możliwość podgrzania zlewek i wzięłam się za produkcję kremu. Tym razem wiedziałam, co, jak, gdzie, kiedy i w jakich ilościach. Idealnie, bo wszystko przeliczyłam i przemyślałam kilkukrotnie.

Ale że zrobiła się siedemnasta, mieszanie kremu musiałam zacząć od odgrzania zupy dla mego Rodzica. Przyszedł, zobaczył, jak wygląda dom, zaniemówił i dopiero potem zjadł.

O kremie napiszę osobno, bo i tak nie przeczytałybyście tak długiego posta. Ale podzielę się z Wami moimi wnioskami.
 - Spieniacz do mleka służy do spieniania. Naprawdę.
 - Bez dokładnej wagi i tak wszystko dodaje się na oko. Łyżeczki miarowe są tragicznie niedokładne. Moje obliczenia zakładały użycie 20% oleju, a domyślam się, że w kremie znajduje się około 40%. Miał być lekki. Jest tłusty.
 - Niedokładne wymieszanie fazy wodnej nie szkodzi kremowi. (No co, nie chciało się rozpuścić i tyle.)
 - Nadal potrzebuję kremu pod makijaż.
 - Następnym razem wymieszam na oko. Jeszcze nigdy nie zepsułam niczego, co mieszałam intuicyjnie i na oko.
I mnóstwo innych.

Poddałam się. Produkcję żelu do mycia twarzy odłożyłam na za tydzień. Teraz zastanawiam się, jak zużyć tłusty krem. Ale powiem Wam, że ramię, które nim wysmarowałam, wygląda pięknie. Dekolt po toniku też. A bałagan został sprzątnięty w kilka minut. No i mam nowe miejsce i nową porę fotografowania.

Ale jest jeszcze coś. Większość produktów przeanalizowałam jeszcze przed ich zamówieniem. Ale kwas askorbinowy (witaminę C rozpuszczalną w wodzie) kliknęłam na ostatnią chwilę. Bo tania, sypnie się szczyptę i będzie krem z witaminą C. No niestety, nie mam kremu z witaminą C. Okazało się, że w przeciwieństwie do droższej, rozpuszczalnej w olejach wersji, ta jest niestabilna.

Dumałam przez chwilę i wydumałam! Wiem, jak mogę jej używać. Najpierw sprawdzę, czy to się uda i poobserwuję efekty, a później porozmawiamy o witaminie C.

I pewnie zrobiłam i wymyśliłam wczoraj o wiele więcej, ale już niczego więcej nie pamiętam. Ale muszę przyznać, że zabawa była przednia. A pierwsze koty za płoty, następnym razem będzie lepiej.

30 komentarzy:

  1. Konkluzja. Nie powinnam się zabierać za kręcenie kosmetyków, skoro bardziej doświadczeni miewają z tym problemy. Zostanę przy Sylveco, powiem Ci, że ten lekki brzozowy jest okej, lubimy się. Sprawdź kiedyś na dermokonsultacjach, jesli jeszcze nie byłaś, bo może w tym wypadku shea nie będzie krzywdzące. A żel rumiankowy w moim przypadku świetnie współgra z Acne. Tylko kusi mnie strasznie witamina C, rozpuszczalna w olejach, bo znalazłam receptury, w których mam podane, ile czego dodać. Zamówię sobie, i będzie pięknie. Kiedyś tam.

    OdpowiedzUsuń
  2. Jak zużyć tłusty krem do twarzy? Na noc, rzecz jasna :)

    OdpowiedzUsuń
  3. uwielbiam półprodukty. Wszystko co na siebie nakładam jest zawsze moją mieszaniną ;p

    OdpowiedzUsuń
  4. Taaak, moje pierwsze eksperymenty kosmetyczne wygladały podobnie. Do tego wszystko nałogowo pryskałam spirytusem a potem jeszcze usilnie sie zastanawiałam czy aby proporcje składników były dobre, i nie mam teraz toniku z jakąś szaloną zawartością...bo może miałam chwilowe zaćmienie umysłu kiedy odmierzałam i mieszałam...Ale używam, skóry mi nic nie wyżarło, nie jest źle:)

    OdpowiedzUsuń
  5. Świetnie się Ciebie czyta. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Świetnie czyta się takie komentarze : )

      Usuń
  6. ja ostatnio ukręcilam serum z witaminą C, ale chyba sypnęłam jej za dużo, bo cera mi się robi po nim podejrzanie ciepła :D na chemika się nie nadaje zupełnie

    OdpowiedzUsuń
  7. podziwiam Cię! ale super dałaś radę, jak na pierwszy raz bardzo dobrze Ci poszło! :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Dlatego ja na razie obstaję przy prostych serach bazujących na kwasie hialuronowym ;)
    Za kremy się jeszcze nie łapię ale może kiedyś...

    OdpowiedzUsuń
  9. Krem wygląda bardzo kremiście, a to już sukces moim zdaniem. :) Jak chciałam sobie kiedyś zrobić balsam do ust na bazie masła kakaowego to wyszedł zaczepno obronny. :P

    OdpowiedzUsuń
  10. osz kurde ,widzę że się działo :D

    OdpowiedzUsuń
  11. hah super to opisałaś! no działo się nie źle:) bardzo fajna taka zabawa, ja też czekam... mam już recepturę kremu - wszystkie wyliczenia, obliczenia i wszelkie miary... tylko muszę zużyć aktualny - akurat testowy;)

    pozdrawiam ciepło
    :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chętnie poczytam o tych kremach, pisałaś o nich gdzieś?

      Usuń
  12. Aż mi się smutno zrobiło, ze takich zakupów zrobić nie mogę. Moje półprodukty na wykończeniu.

    OdpowiedzUsuń
  13. koniecznie opisz co tam w tym kremie siedzi :)
    A waga jest nieziemskim wynalazkiem. Sama mordowałam się miarkami i się poddałam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Opiszę, ale najpierw muszę sprawdzić działanie. Ale to pierwszy krem, więc standardzik aż do bólu.
      Nooo. Kiedyś było mi dane z wagi korzystać i chyba kupię sobie własną.

      Usuń
  14. Miałam podobnie przy moim pierwszym zamówieniu - pierwsze kremy które robiłam też mi nie wychodziły albo były za tłuste, tak ogólnie mówiąc marzy mi się waga gramowa *.* Czy mogłabyś pokazać listę rzeczy które kupiłaś z listą sklepów w których kupowałaś? Planuje na wakacjach zrobić kolejne zakupy i już mam tyle ciekawych rzeczy do kupienia że stanę się nie wypłacalna :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A mogłabym. Mogłabym też dorzucić do niej te produkty, które chcę zamówić przy kolejnej okazji ; )

      Usuń
  15. aż się pogubiłam ile było tych awizo :D ja też zawsze mam taki artystyczny nieład przy eksperymentach. na zakupy z półproduktami też zbieram się już nie wiem ile i również obiecałam sobie, że na koniec roku taaakie wielkie zakupy, żeby odreagować! jestem ciekawa jak ten kremik będzie się spisywał, zawsze możesz zużyć na szyję i dekolt :-)

    OdpowiedzUsuń
  16. Witaminę C najlepiej zużyć w serum wodnym. Nie potrzeba nic więcej niż woda i witamina, ciemna buteleczka i odrobina miejsca w lodówce (trzeba zużyć przez 7 dni). Pod krem/serum rano nada się idealnie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na coś podobnego wpadłam, przy czym nie jestem pewna, czy tydzień wytrzyma, skoro jest niestabilna. Raczej będę przygotowywać jednorazowe porcje. Ale tak naprawdę, to to będzie to samo : )

      Usuń
  17. Wpadka z łyżeczkami miarowymi mnie rozwaliła :D na przyszłość mieszaj na oko i będzie ok ;) Już nie pamiętam swoich pierwszych poczynań z półproduktami, ale możliwe, że wyglądały bardzo podobnie :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jakoś tak pomyślałam o Tobie, kiedy już się spostrzegłam i w ogóle. A potem postanowiłam to opisać : D

      Usuń
  18. Czy zdanie " - Spieniacz do mleka służy do spieniania. Naprawdę." oznacza li tylko, że to co mieszałaś - spieniło się, czy też chcesz powiedzieć, że ogólnie nie polecasz spieniaczy do mleka w kosmetycznym chałupnictwie? ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam krem o konsystencji czekoladowego puddingu-pianki z Biedry. Nie wiem, jakim cudem innym nie spienia przy mieszaniu, sprężynkę zdjęłam.
      Czyli: to, co mieszałam, spieniło się, a więc ostrzegam innych rzucając aluzję, że może się spienić.
      : D

      Usuń
    2. Może jeszcze opadnie... A jak nie, to pomyśl sobie ile kosztują te wszystkie suflety do twarzy czy ciała w body shopach i tak dalej... czysty zysk! :D

      Usuń
  19. Przyznam szczerze nigdy nie używałam półproduktów. Jestem zbyt leniwa by bawić się w robienie kremów.

    OdpowiedzUsuń
  20. czytałam Twój tekst jak świetną powieść przygodową!masz doskonały styl, bawię się u Ciebie zawsze przednio :) mieszanie kremów brzmi rajcująco, ale wolę starannie przemyślane gotowce ;)

    OdpowiedzUsuń

Uprasza się o przeczytanie tekstu przed zostawieniem komentarza oraz niezawieranie w nim zaproszenia, ani linku do własnego bloga, o ile nie ma po temu wyraźnego powodu {na przykład uwagi w treści posta}.